wtorek, 6 marca 2012

Na różowo: Ciacha!

Od jakiegoś czasu możecie mnie spotkać na jednym z portali Agory - Ciacha, gdzie piszę pod pseudonimem Lilla My.

Nie, nie jest to portal kulinarny, a ja nie wyszukuję przepisów na bezy, ale zajmuję się sportem. Z lekko kobieco-różowym zabarwieniem. Piszę głownie o F1, ale znajdzie się też coś o piłce nożnej, tenisie, a jak dobrze pójdzie to i szczypiorniaku.

czwartek, 22 września 2011

Z portalu mobilnekobiety.pl: Kobiety z żelaza

Kobiety z żelaza – artykuł poświęcony kobietom twardym jak skała. Te panie potrafią przepłynąć, przejechać na rowerze i przebiec (wszystko jedno po drugim, bez przerwy) więcej, niż niejeden człowiek byłby w stanie wytrzymać, uprawiając każdy z tych sportów oddzielnie.

Triathlon to skomplikowana dyscyplina sportu, na którą składa się pływanie, jazda na rowerze i bieganie. Choć uprawianie go łączy się z wielkim wysiłkiem, cieszy się coraz większą popularnością także wśród kobiet, które nie rezygnując z życia prywatnego i zawodowego, podejmują mordercze wyzwanie ukończenia zawodów i zostania ironmanami – kobietami z żelaza...[czytaj więcej].

wtorek, 16 sierpnia 2011

F1 Fanatic

Gościnny tekst dla brytyjskiej strony poświęconej Formule 1.

Fernando Alonso and Jenson Button have won the F1 Fanatic Driver of the Weekend polls more often than any other drivers this year.
But world championship leader Sebastian Vettel has not been voted Driver of the Weekend so far this year.
Guest writer Ewa Zaborska reviews your Driver of the Weekend picks for the 11 races so far this year.
[czytaj więcej]

Wszystkie moje gościnne teksty dla F1 Fanatic do przeczytania tu.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Jestem też tu...

(Redaktor Naczelna)

...oraz tu:

Girls Like F1 Too (strona w języku angielskim).:
- relacje z części wyścigów 2011 (i nie tylko)
- angielska relacja w Verva Street Racing w Warszawie 2011
- o Ayrtonie Sennie na rocznicę jego śmierci (nie jest to kolejna biografia kierowcy)
- Wacky Races w ujęciu F1 (humorystycznie)

W oba miejsca zapraszam oczywiście serdecznie:).

sobota, 26 lutego 2011

Z „Gazety Stołecznej”: Teatr w rytmie rock and rolla

Ewa Zaborska

Teatr Dramatyczny przygotowuje na ten sezon cykl „Młoda scena”. - Chcemy pokazać młodym ludziom, że teatr może być nowoczesny - mówi Katarzyna Szustow, kierownik Działu Komunikacji i Rozwoju Teatru Dramatycznego.

Z myślą o gimnazjalistach i licealistach teatr zaplanował przedstawienia, które będzie można oglądać od października. - Chcielibyśmy przekonać młodzież, że teatr to nie tylko miejsce, w którym wystawia się nudne lektury, ale też takie, gdzie można porozmawiać na ciekawe tematy - mówi Szustow. - Ludzie w liceum chcą chodzić do teatru, w przypadku gimnazjalistów taką potrzebę mają ich rodzice. Niestety dla młodzieży brakuje przedstawień.

Proponowane spektakle mają poruszać aktualne tematy, takie jak terroryzm, narkotyki, rodząca się seksualność, wydarzenia społeczne i polityczne. W repertuarze znajdą się teksty, które w oryginale niekoniecznie są przeznaczone dla młodzieży, ale które zostaną przełożone na jej język. - Chcemy, aby przedstawienia były nie tylko intelektualne, ale też miały w sobie coś z rock and rolla - kontynuuje Szustow.

Stąd pomysł, aby w przedstawieniach wykorzystać nowoczesne multimedia. Do współpracy zaproszono twórców rozumiejących współczesną młodzież, takich jak Marcina Libera, reżyser pierwszego przedstawienia cyklu, „Wilka stepowego” Hermanna Hessego. - Marcin to młody reżyser, który świetnie pracuje z multimediami. To jego świat - tłumaczy Katarzyna Szustow. - Z drugiej strony mamy tekst, który dla młodych jest zawsze związany z wejściem w dorosłość. Premiera odbędzie się 3 października.

W ramach „Młodej sceny” przewidziane są także warsztaty. Za ich pomocą autorzy cyklu chcą pokazać młodym widzom, że teatr nie musi być oparty tylko na pasywnym oglądaniu sztuki, ale jest też miejscem, w którym można wyrazić swoje zdanie. Warsztaty będą odbywać się w blokach weekendowych i mają być otwarte dla wszystkich. Wśród planowanych zajęć znajdą się między innymi warsztaty Marcina Libera, których celem będzie pokazanie teatru od drugiej strony - pracy nad adaptacją tekstu dla potrzeb sceny. Drugi warsztat „Ile procent terrorysty jest w Tobie?” poprowadzi pedagog teatralny Justyna Sobczyk z Instytutu Teatralnego, która tworzy Teatr 21 działający przy Zespole Społecznych Szkół Specjalnych „Dać Szansę”. Warunkiem udziału w tym warsztacie będzie przejście planowanego na grudzień 2009 konkursu.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna, 25.08.2009.

Z „Gazety Stołecznej”: Przebój filmowy zagraża świnkom morskim

Ewa Zaborska

Ludzie kupują świnki morskie jako sezonowe prezenty. Szybko się nimi nudzą i je porzucają. A my pomagamy gryzoniom w tarapatach - mówi Paweł Korulczyk, współzałożyciel Klubu Pomocy Świnkom Morskim.


Świnka morska
Fot. Michał Mutor / AG
Świnka morska

Korulczyk, z wykształcenia ekonomista, jest właścicielem siedmiu świnek. Cztery są znajdami, które zapewne porzucili znudzeni właściciele. Bo - jak opowiada Korulczyk - wielu ludzi kupuje świnkę na prezent dzieciom, myśląc, że te zwierzęta żyją tak krótko jak chomiki, więc nie zdążą się pociechom znudzić. Tymczasem świnki mogą żyć nawet 8-10 lat. Często się okazuje, że już są niechciane i ludzie próbują się ich pozbyć - zostawiają świnki na ulicy, podrzucają do lasu albo na śmietnik.

Losem porzuconych gryzoni zajmuje się grupa społeczników. Wszystko zaczęło się dwa lata temu od forum poświęconego psom, na którym ktoś opisał historię świnki morskiej przyniesionej do weterynarza do uśpienia. Jednak weterynarz zoperował zwierzę, a dzięki akcji internautów świnka znalazła nowy dom. W grupie osób, które w tym pomagały, był Korulczyk. Wtedy powołali klub.

Najwięcej członków mieszka w Warszawie. - Działamy głównie za pośrednictwem internetu - mówi Korulczyk. - Jeżeli ktoś znajdzie świnkę, może skontaktować się z nami przez naszą stronę. Najlepiej by było, żeby świnka została u znalazcy. Jeśli to niemożliwe, ktoś z członków klubu lub sympatyków bierze zwierzę do siebie.

- Informacje o śwince umieszczamy na naszej stronie, forach i u weterynarzy. W ten sposób szukamy jej domu. Ostatnio mamy zawiadomienia o dwóch-trzech świnkach tygodniowo. Niedawno ktoś znalazł świnkę na śmietniku w kartonie zaklejonym taśmą - mówi Korulczyk.

Członkowie klubu starają się sprawdzać, do kogo oddają swoich podopiecznych. Dlatego umawiają się na spotkania w domach tych, którzy chcą zaadoptować zwierzęta. A nowi właściciele podpisują z klubem umowę. - To jakaś gwarancja bezpiecznej przyszłości świnki - mówi Korulczyk.

Miłośników świnek niepokoi premiera filmu „Załoga G”, którego bohaterami są właśnie świnki morskie ratujące świat.

- Mamy złe doświadczenia z tego typu filmami - mówi Korulczyk. - Po premierze „101 dalmatyńczyków” wszyscy kupowali, a potem wyrzucali dalmatyńczyki. Podobnie było w przypadku „Beethovena” i bernardynów czy nawet „Ratatuj”, kiedy dzieci nagle musiały koniecznie mieć szczury. Teraz podobnie może dziać się ze świnkami.

Klubowicze przypominają, że jeżeli ktoś znajdzie świnkę morską lub chce ją zaadoptować, powinien odwiedzić stronę: http://www.swinkimorskie.eu

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna, 13.08.2009

Z „Gazety Stołecznej”: Deszcz poezji spada na Warszawę

Ewa Zaborska

- Łał! Dziś tu jest jak nie w Polsce. Polubiłem artystów i te ich dyrdymały - krzyczał Grzesiek z Lublina zachwycony tym, co się działo w sobotę wieczorem na Starówce i Krakowskim Przedmieściu.

Na pl. Zamkowy spadł deszcz wierszy
Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta

Podobnie jak inni przechodnie patrzył w ciemniejące niebo, gdy latający nad miastem śmigłowiec wyrzucał tysiące kartek z wierszami. Podświetlały je reflektory, a one wirowały i opadały jak srebrne igły. - Złapałem Hektora Hernadeza! - ktoś krzyczał, wymachując kartonikiem. - A ja Gajcego! - odkrzykiwał ktoś inny. Na zrzucanych kartonikach w formie zakładek do książek były wiersze poetów polskich i chilijskich.

Niezwykły deszcz (500 kg ulotek) zapewniła chilijska grupa artystyczna CasaGrande, która od ośmiu lat rozrzuca wiersze nad miastami, które w przeszłości doświadczyły prawdziwych nalotów bombowych.
 
Happening - w odróżnieniu od nalotów zapowiedziany - był też trochę zaskakujący. Helikopter, który miał zrzucać ulotki, długo krążył nad Warszawą, odlatując i powracając, wzbudzając niepokój oczekujących.

- Myślałam, że będzie kilka samolotów. W końcu jak nalot, to nalot - mówiła lekko rozczarowana Małgorzata Dobosz. - Ale sama idea jest piękna. Przyszła specjalnie na Krakowskie Przedmieście razem z mężem.

- Chciałbym dostać choć jeden wierszyk. Cały dzień na to czekałem, nawet z operetki zrezygnowałem - tłumaczył Andrzej Słodkowski, próbując chwycić jedną z ulotek znoszonych przez wiatr.

Większość przechodniów była zaskoczona poetyckim nalotem. - Nie wiem, co to jest, ale bardzo mi się podoba. Czy chodzi o rozpowszechnianie wiedzy o Powstaniu Warszawskim? - pytała studentka Edyta Śniadach, po tym jak udało jej się schwycić wirującą zakładkę.

Nie była jedyną osobą mającą takie skojarzenia.

Marek Maciejewski stwierdził, że choć nie zna hiszpańskiego, to przynajmniej jeden zdobyty chilijski wiersz przeczyta w oryginale, dodając: - A może coś o historii Chile poczytam? Oni tam też nie mają łatwo w Ameryce Południowej.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna, 10.08.2009